sobota, 11 sierpnia 2012

Wojny futbolowe

Szczęśliwie Meksyk nie graniczy z Brazylią, a Olimpiada to nie Mundial, a rok 2012 zdaje się odbiegać od standardów roku 1969. Dzisiejszy wynik 2:1 dla Meksyku, szczęśliwie nie będzie tak brzemiennym w skutkach, jak ówczesne 3:2 dla Salwadoru w meczu z Hondurasem. I choć obecnie starły się również temperamentne dwa kraje z kręgu kulturowego Ameryki Łacińskiej, to jednak w ramach odreagowania możemy raczej zakładać że poleje się co najwyżej więcej cachaçy niż tequili, nie zaś bratniej krwi, jak miało to miejsce kilka dekad wcześniej.

Czerwiec 1969 r., w ramach eliminacji do Mundialu w Meksyku, obfitował w kolejne mecze. Sąsiedzi: Salwador i Honduras spotkali się trzykrotnie: 6 czerwca w Tegucigalpie (z wynikiem 1:0 dla Hondurasu), 15 czerwca w San Salwadorze (z wynikiem 0:3 dla Salwadoru) oraz 27 czerwca, w kluczowym meczu na stadionie Azteca w Mieście Meksyk. W regulaminowym czasie bogowie podzielili wynik między sąsiednie kraje sprawiedliwie. Było 2:2. W doliczonym czasie "Pipo" Rodrigez strzelił zwycięską bramkę dla Salwadoru. W ten sposób, to właśnie Salwador - najmniejszy kraj Ameryki Centralnej awansował do finałów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, jakie odbywać się miały w 1970 roku w Meksyku. I kto by się spodziewał, że owo kopnięcie futbolówki przeleje czarę goryczy i da asumpt do jednego z najbardziej surrealistycznych konfliktów XX wieku. 14 lipca 1969 r. wojska Salwadoru wkroczyły do Hondurasu. Rozpoczęła się wojna stu godzin, okrzyknięta przez Ryszarda Kapuścińskiego wojną futbolową.  Fantazji szczęśliwie starczyło na 4 dni, i już 18 lipca, po mediacji OPA (Organizacja Państw Amerykańskich), udało się wypracować zawieszenie broni. Pokłosie wojny futbolowej nie było jednak bagatelne - kilka tysięcy zabitych, kilkanaście tysięcy rannych, kilkadziesiąt tysięcy Salwadorczyków osiadłych w Hondurasie, zmuszonych do powrotu do Salwadoru, militaryzacja obu krajów. Formalnie stan wojny trwał przez kolejną dekadę - traktat pokojowy Salwador z Hondurasem podpisały dopiero w 1980 r.
A nie mogło być tak, jak na wiele setek lat przed przybyciem Kolumba, proponował władca meksykańskiej Tuli - Ce Ácatl Topiltzin Quetzalcóatl? Konflikty między królestwami rozstrzygać należało nie na polu bitewnym, a na boisku - podczas gry w pelotę. Co prawda los przegranych z oryginalnej wersji peloty, zaniżyłby obecnie standardy ochrony praw człowieka i zapewne musiałby ulec modernizacji. Jednak czy przy konflikcie zbrojnym kostucha nie ma bardziej złotych żniw? W finale gry w pelotę, przynajmniej ginęli po to, by słońce nadal mogło kroczyć po nieboskłonie, w władcy Xibalba napoić się krwią do woli.
Dobrze że Honduras z Salwadorem nie pokłóciły się o podobieństwo flag państwowych. Konflikt mógłby okazać się jeszcze trudniejszy do rozstrzygnięcia.

I może by nie zaostrzać sąsiedzkich konfliktów postanowiono, by kolor niemalże identycznych flag, miał jednak inny odcień?


2 komentarze:

  1. a ja się pytam, co się stało z Hiszpanią na tej Olimpiadzie? bo gdzieś mi umknęła ich rywalizacja na tym turnieju multidyscyplinarnym

    OdpowiedzUsuń
  2. cóż, obarczeni winą konkwistadorów postanowili oddać mecz Hondurasowi. Nie chcieli prowokować konfliktów. Trener odwiedził kiedyś Salwador i wiedział, że mecze z Hondurasem różnie mogą się skończyć.
    A tak na serio? Olimpiada to tak nie na serio - na udawanie. Nawet Polacy raz zdobyli złoto a dwa razy srebro. "Ostatnio" nie gdzie indziej jak w Barcelonie!

    OdpowiedzUsuń