środa, 20 listopada 2013

o dwóch córkach chilijskich tatusiów

Tatulo - wojskowy. Służba nie drużba. Przydzielają jednostkę. Trzeba jechać. Kraj wąski, a jakże długi. Wciśnięty między Andy a ocean. Raz rzucą na północ, raz na południe. Przy pustyni Atacama, nie było źle. Lubiła koleżankę z sąsiedniego domku - spod 13. Evelyn. Co prawda gówniara młodsza o 2 lata, ale lalki miała fajne. Bawiły się razem. Do szkoły jednej chodziły. Rodziców łączyła wielka przyjaźń. Tatusiowie - oficerowie tej samej jednostki odwiedzali się często. Lubili pogaworzyć sobie o latających cudeńkach. Czy lepsze te od Chruszczowa, czy może od Kennediego. Jeden wolał czerwone, drugi te z amerykańskiego snu. Nie przeszkadzało im to wtedy. Dodawało ciut pikanterii dyskusjom. One - Michelle i Evelyne, miały to gdzieś. Bawiły się razem w dom lub sklep.

I przyszedł 11 wrzesień 1973 r. O talibach wtedy nikt jeszcze nie słyszał. Wrogiem było czerwone. "Better dead than red", pisano sprajem na murach. Salvador Allende upadł. La Moneda płonęła. Historia ostrzyła topór na jednego z wojskowych przyjaciół. Kilka dni po zamachu stanu Alberto Bachelet, jako wojskowy wierny rządowi, został aresztowany po raz pierwszy. Kto nie z nami, ten przeciwko nam. Reżim Pinocheta - uczniowie z wojskowej szkoły - dali upust na ciele Alberto Bacheleta. Jak pisał do syna: "po 30 godzinach tortur bez chwili przerwy, coś we mnie pękło". Wypuszczony, był nikim w oczach trzymających władzę. Także druhów z jednostki. Po kilku miesiącach aresztowano go ponownie. Tym razem serce nie wytrzymało. Po kolejnej godzinie sutego przesłuchania, pękło. Miejscem kaźni były piwnice Wojskowej Akademii Lotnictwa w Santiago de Chile.

Tymczasem Fernando Matthei, podczas puchu Pinocheta, przebywał poza granicami Chile, w bratnim Londynie. Z racji swych prawicowych poglądów, naturalnie poparł zamach stanu. Stał się więc smakowitym kąskiem dla reżimu. Wezwany do Santiago, szybko awansował. Nominowano go dyrektorem... Wojskowej Akademii Lotnictwa. Tej samej, w piwnicach której ducha wyzionął jego przyjaciel - Alberto Bachelet. Kilka stóp pod biurem Fernando.

Dziś córki obu wojskowych startują w wyborach prezydenckich w Chile. Naznaczone piętnem historii - jako kandydatki dwóch przeciwstawnych ugrupowań. Michelle Bachalet z ramienia socjalistycznej lewicy, Evelyn - prawicy w domyśle podzielającej linię Pinocheta. Obie waleczne, obie kobiece. W pierwszej rundzie wygrała w podskokach ex-Prezydent Bachelet. Czy w nowym rozdaniu (nie ma większych wątpliwości że wygra w II turze), uda jej się zreformować solidnie ugruntowany i chroniony konserwatyzm Chile? Sprawa nie będzie prosta. Przekazując w 1990 r. władzę, tęgie głowy doradców Pinocheta, skrupulatnie utkały  system wyborczy oraz kolejne koronki prawa ustrojowego tak, by do większych, czy gwałtownych zmian dojść nie mogło. By chronić "demokrację" przed wywrotowcami. By zawsze ojcowska ręka zwolenników Pinocheta, moralnie światłych, strzec mogła kraj przed socjalistycznym zgorszeniem. Progi wyborcze, specyficzna ordynacja wyborcza sprawiają, że zdobycie obu mandatów w okręgu, graniczy z cudem. By zgarnąć komplet, konieczna jest większość kwalifikowana. Zwykła - o zgrozo - daje drugi z mandatów przegranemu. Przy takim rozdziale społeczeństwa na "pro" i "anty-Pinochet", o kwalifikowaną większość trudno. A zmian szykuje się wiele. Społeczeństwo trzeszczy w skostniałym obyczajowo gorsecie, gdzie studia wyższe są tylko dla wybranych. Gdzie prawną możliwość rozwodów wprowadzono dopiero przed dziewięciu laty (!). Ugrupowanie Bachelet głosi konieczność głębokich zmian, w tym poszanowania prawa do aborcji, związków partnerskich czy legalizacji marihuany. By do zmian mogło dojść, oprócz Pani prezydent, konieczne będzie uzyskanie odpowiedniej reprezentacji w Parlamencie. Zdecydują za niespełna miesiąc Chilijczycy - po raz pierwszy w nieobowiązkowych wyborach (obecnie głosowanie jest prawem, nie zaś obowiązkiem). Chilijczycy zamieszkali w kraju. Ci na emigracji prawa głosu nie mają.


fot. BBC LatinAmerica

środa, 13 listopada 2013

Argentyński Zbyszek Alcatraz

 W "Killerze" Zbyszek Alcatraz, szef więzienia, miał pecha. Twardy był, więźniów za gębę trzymał, a jednak zwiali. Słowa zdziwienia do dziś brzęczą mi w uszach. "Sześciuset chłopa POSZŁO w Polskę! jak to było zorganizowane?! Autobusy popodstawiali czy co?!" 

W Argentynie autobusów nie popodstawiali, a jednak na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy, już trzeci ważny więzień znika. W środku boskiego Buenos wyparowuje jak kamfora. Abra kadabra, pstryk i mnie nie ma. Toż to już każde amerykańskie dziecko wie, który kraj nadaje się idealnie do zniknięcia bez wieści (jeśli ma być to coś bardziej egzotycznego niż rodzinna Montana). Serialowy Dexter Morgan też tu się wybierał, jak do raju. Nie dziwota. Argentyna już od czasów ponazistowskich cieszy się sławą idealnego miejsca na ucieczki i zniknięcia - szukajcie wiatru w polu. Byłem, ale już mnie nie ma. Teraz będę sobie wcinał pyszne, wołowe steki z własnego grilla, gdzieś w okolicach Claromeco, na Pampie, czy w towarzystwie któregoś pasma Andów. Tu google maps  nie dociera, a GPS czuje się zagubiony. Arrivederci.

W dniu wczorajszym, pułkownik Alejndro Lawless, skazany za zbrodnie przeciwko ludzkości popełnione w okresie dyktatury wojskowych (1976-1983), zbiegł podczas transportu do Sądu w mieście Bahia Blanca. Jak czwany lis, 65 letni Lawless, wykorzystał chwilę nieuwagi funkcjonariuszy, którzy wraz z nim transportowali także innych więźniów. Dosłownie, dał nogę, a następnie zapadł się pod ziemię. Tym to sposobem dołączył do swoich dwóch kolegów po fachu: Jorge Olivera oraz Gustavo de Marchi, którym w końcu lipca, udało się zbiec z położonego w centrum Buenos więziennego szpitala. Zapewne będą teraz razem, gdzieś na kolorowej prowincji, bawić się ołowianymi żołnierzykami w wojnę. Może nawet odbiją utracone haniebnie Malwiny?

Jaki z tego morał? Argentyna to dobry kraj dla więźniów. Co prawda nie jest to Szwecja, gdzie więzienia zamykają z uwagi na brak "podopiecznych", ale co to za przyjemność uciekać z pustego więzienia? Lepiej spektakularnie czmychnąć z uzbrojonego po zęby konwoju. Może kiedyś nakręcą o tobie film. Ty zaś ważny więźniu, nie trać tężyzny fizycznej. Pręż i sportuj ciało. Lepiej liczyć na własne nogi niż na to, że popodstawiają autobusy, jak u  Zbyszka Alcatraza.




piątek, 1 listopada 2013

O świętym wizerunku i Ministerstwie Szczęścia

Czas zaduszny sprzyja zadumie. Człowiek zadumany zwalnia, przystaje i, jeśli ma szczęście, dostrzega rzeczy cudowne. Przydarzyć może mu się nawet jakieś objawienie, widzenie lub cud. Jeśli do tego zadumę pielęgnuje odpowiednim nawilżeniem płynami procentowymi, efekt może być zaskakujący. Swoją drogą, zawsze ciekawiło mnie dlaczego cudowne objawienia zdarzają się tylko w mocno katolickich krajach. Czy przy okazji nie są to także mocno wspomagające się trunkowo kraje? Nasuwa się więc wniosek, iż jedno i drugie najwyraźniej idzie w parze. Dziś będzie więc o objawieniach (świeckich i uduchowionych), palcu Boga, znakach z zaświata Comandante Chaveza oraz Ministerstwie Najwyższego Szczęścia Społecznego.

Ludzie wiary widzą więcej. W zależności od aury, czasu i środowiska, wizerunki świętych zwykły ukazywać się na szybie - malowane mrozem (rodzima "produkcja"), na drzwiach (wersja stolarska), na drzewie (wersja eco), na chuście (wersja turyńska). Zeszły - 2012 rok obfitował w objawienia wizerunku Chrystusa w miejscach nietypowych. Był meksykański placek tortilli. Był też, za przeproszeniem, zadek psa. Cóż, święte oblicze nie wybiera. Ukazuje się tam, gdzie ludzie wiary chcą go dojrzeć.

Tymczasem w Wenezueli, jak rzekłby Fryderyk Nietzsche, Bóg umarł. Zdarzyło się to 5 marca 2013 r. Jednak jak na słońce południa przystało, w okolicach Dnia Zmarłych, wzbiło się nad niebiosa. Wierny lud na to czekał, wierny lud wypatrywał. Comandante nie mógł po prostu tak spocząć w ciszy, sześć stóp pod ziemią. I stał się cud! Ukazał się i to jak na wodza socjalistycznej rewolucji przystało, ukazał się nie na salonach, nie szkiełku i oku, a boliwariańskiemu ludowi pracującemu. Szczęście zawitało pod strzechy robotników pracujących przy rozbudowie metra w stolicy. O całym zdarzeniu poinformował namaszczony przez wodza następca, Prezydent - Nicolas Maduro. W oficjalnym orędziu, w specjalnie dobranych słowach i w garniturze gestów obwieścił, że: ON, COMANDANTE, UKAZAŁ SIĘ  NAM. DAŁ ZNAK Z ZAŚWIATÓW. Już nie jako ptak, który wznosił się nad przedwyborczym wiecu w kwietniu tego roku. ON sam we własnej osobie. Jakby z krwi i kości, wyskoczył malowany jako obrazek, na ścianie budowy metra. Wybrał ku temu braci swoich - robotników, pracujących ciężko, ku chwale latynoskiego socjalizmu. 

Być może Hugo ukazał się także po to, by pobłogosławić świeżo utworzone Wiceministerstwo Najwyższego Szczęścia (Viceministerio de la Suprema Felicidad). Nie kto inny bowiem jak Comandante, terminu tego użył, dla określenia celów Planu Rozwoju Ekonomicznego i Socjalnego Narodu na lata 2007-2013 (Plan de Desarrollo Económico y Social de la Nación 2007-2013). Zapożyczył go, jak na niego przystało, od wielkiego wodza, Libertadora i ojca Ameryki Południowej - Simona Bolivara. Rzutem na taśmę, przy końcu wytyczonego Planu, Maduro - wierny giermek Chaveza, sprawił, że termin ten stał się ciałem. Stworzył mu własny "domek" - własne ministerstwo.

I tak to życie płynie na ziemskim padole. Wielcy odchodzą, święci się objawiają ludowi. A szczęście niech króluje nam na wieki wieków. Amen.

środa, 11 września 2013

o czołgach, które podczas ataku przystają na czerwonym świetle

W związku z wszechogarniającą McDonaldyzacją świata, data 11 września kojarzy się jednoznacznie. Bin Laden, talibowie, WTC. Ze zgliszczy dwóch wież, wyrósł nowy podział historii. Resztki straszącej w XX wieku wojny z czerwoną zarazą - komunizmem, ustąpiły miejsca nowej wojnie - wojnie z bliżej niezdefiniowanym terroryzmem. Jednak niie o Wielkim Bracie i jego islamskich traumach dziś będzie. Nie będzie też o Diadzie - święcie narodowym Katalonii (swoją drogą, to bardzo oryginalny pomysł, by na datę szczególną dla narodu katalońskiego (tak NARODU) wybrać datę ostatecznej porażki. Daty w której utracono niezależność i miejsce na mapie). Zwróćmy dziś uwagę na inne wydarzenie. Takie, które miało miejsce na drugiej, tej Zachodniej Półkuli.

Dzisiejszy solenizant - czterdziestolatek urodzony11 września 1973 r. mógłby śmiało być jednym z wielu znikniętych (desaparecidos) dzieci reżimu. Dzieci, które dziś wiedzą, lub nie, że osoby które je wychowały, nie były ich prawdziwymi rodzicami. Ci prawdziwi, z dużą dozą prawdopodobieństwa również zniknęli. Zapewne jednak 6 stóp pod ziemią. 40 lat temu - Augusto José Ramón Pinochet (a jakże - generał wielu imion!), postanowił powiedzieć Salvadorowi Allende BASTA!!! Basta z tym socjalizmem, bałaganem, protestami! Basta z chaosem!!! Przywróćmy porządek, ład i szyk, jak na Chile przystało. A jak to zrobić pokażę społeczeństwu JA - GENERAŁ. Ja - Pinochet. I pokazał, rozpoczynając od zbombardowania La Monedy - Pałacu Prezydenckiego z samym Prezydentem Allende w środku. Złośliwi mówią, iż uczynił to z wielką gracją i w poszanowaniu dla wszelkich powszechnie obowiązujących zasad. Anegdota głosi, iż gdy czołgi Pinocheta jechały na La Monedę, przystawały na każdym czerwonym świetle. Pruska tradycja w wojsku chilijskim zobowiązuje. Ordnung muss sein!

Ocena reżimu Pinocheta nie jest łatwa. Przekonują o tym choćby równie liczne rzecze jego zwolenników jak i przeciwników.Owszem, spore zamieszanie wokół osoby Pinocheta - starszego już Pana, który przyjechał do Londynu na zabieg, wywołał wniosek sędziego Baltasara Garzóna  o jego aresztowanie i ekstradycję do Hiszpanii. Miał tam odpowiedzieć za zabójstwa, zniknięcia i stosowanie tortur wobec obywateli Hiszpanii. Miał być sądzony jako ta bestia. Zło zła. On - Generał - przyjaciel dworu i Żelaznej Damy. Wielu znalazło się takich, którzy zastosowany areszt domowy traktowali jako hańbę poczynioną na bohaterze. Dyć to on zwalczył komunizm w Chile! Na dobre! Że to swój chłopak był uznali m.in. ówcześni działacze AWS, Marek Jurek czy Michał Kamiński. Pobieżyli czem prędzej do Londynu, składając na ręce staruszka Pinocheta podziękowania za zasługi na gruncie krzewienia praw człowieka, wolności i sprawiedliwości. Cześć oddając bohaterowi walk z komunizmem. Cóż, tak to jest, kiedy w szkole mało poświęca się czasu historii współczesnej. Gdy świat dzieli się na czarny i biały (lub tez czerwony i nie czerwony, gdzie czerwony to czarny i zły). To i Pinocheta można mieć za krzewiciela praw człowieka. 

Według ustaleń  Komisji Rettinga (Komisja Prawdy), żniwo rządów Pinocheta, to 2095 ofiar śmiertelnych oraz 1102 osoby zniknięte bez wieści. Może to nie dużo, jak na kilkanaście lat rządów. Może to nie dużo jeśli zerknie się choćby na pokłosie wojskowego reżimu sąsiedniej Argentyny. Bez wątpienia zaś nie jest to dużo w porównaniu z krwawymi żniwami w Salwadorze (ponad 75.000 zabitych) czy Gwatemali (200.000 zabitych). Nie bez znaczenia jest jednak to, na co wskazuje wielu badaczy tematu. Reżim był na tyle represyjny, iż dla wywołania efektu zastraszenia, a z drugiej strony umiłowania wojskowej władzy, z jej emanacją w osobie Augusto Pinocheta, "nie potrzebna" była większa liczba zabitych. Wystarczył terror i tortury. Psychoza porządkowała i uginała kolana. Do czasu. Finalnie uśpiła ona czujnego generała. Ten, generał z klasą, uwierzył w powszechną miłość do swojej osoby. Naród go kochał, naród wybierał w kolejnych wyborach. Skoro kochał, nie było zagrożenia, że naród wywinie jakiś wyborczy numer. A że pozory poszanowania dla konstytucji (skrzętnie samemu skrojonej) należy zachowywać, dobrze czasem naród w referendum o zdanie zapytać. Czy mam JA - GENERAŁ - dalej rządzić w Chile jako Prezydent? I tu pojawia się druga, złośliwa anegdota. O tym jak Pinochet wystartował w biegu sam, a dobiegł do mety jako drugi. Zapytał w referendum czy ma rządzić dalej. I niespodziewanie usłyszał od narodu - NIE. Władzę oddał formalnie w 1990 roku. Jednak to jak skroił Konstytucję, a w szczególności zasady prawa wyborczego do dziś odciska się pinochetowskim piętnem na tym śmiesznie długim kraju. Nic bez Pinochetystów zmienić się nie da. Wszędzie są obecni. I choć formalnie mamy pozory demokracji, to jednak zza grobu czuwa nad nią Generał. Tak na wszelki wypadek. Jakby naród zdurniał. Co już mu się zdarzało. Choćby w 1971 r. gdy do władzy powołał zło wcielone - socjalistę Allende.

Na koniec zdjęcie Generała Augusto. To dumne. Jakby lekko stylizowane na innego Pana dyktatora. Bardziej śródziemnomorskiego.




sobota, 24 sierpnia 2013

pokusy nikaraguańskiej palestry

Żywot adwokata bywa ciężki. Zasadniczo ludzie nie szanują twej pracy, a ciebie  traktują jako zło konieczne. Bo co to za praca: namacalnych efektów nie widać. Gada to-to, pisze jakieś pisma - nic konkretnego, czy użytecznego nie robi. Kołacz z tej pracy nie wyjdzie, gacie się nie wydziergają, włos nie wyczesze, broda nie ogoli. Paplanina i czary mary. Wielkie nic, tylko by wyciągnąć kasę. No i jeszcze PR czarny. Taki prawnik to krętacz, oszust i złodziej. Cóż za niewdzięczność! Człowiek tyle lat studiował, w opasłych księgach siedział, artykuły kodeksów na pamięć wkuwał, oczy marnował. I po co, jeśli teraz za "byleco" mają. I jeszcze z ludźmi użerać. Oj ciężko, ciężko bywa. A jak przypadło być adwokatem w kraju, gdzie tradycyjnie jest ich wielu? Nie że śmietanka, nie że elita, nie że konkurencji brak. Elitarność jakoś przecierpieć można. Gdy przeciwnie - brać adwokacka to motłoch mnogi? Co większy tuman, to na prawo idzie, a później tylko konkurencję dumpingową robi. Ehhhhh, ta tradycja pohiszpańsko-konkwistatorska. 

Pewna pani mecenas z Nikaragui miała dość. Tyra, poci się, stara. A tu nic. Bida z nędzą. Łatwiej do fabryki byłoby pójść lub rewolucjonistą zostać. Taką Simoną Bolivar, Augustyną Sandino czy Ernestyną Gevara. Ehhhh, ta epoka też poszła już w niepamięć. Jak na kołku, trzyma ją tylko jeszcze stary comandante Fidel. Artefakt z przeszłości. A coś w życiu mecenaskim trzeba by zmienić. Pieniądz jakiś zarobić. Albo choć sławę zdobyć. I nadchodzi ten dzień. Okazja. TA chwila...

Weszła do biura smutniejsza niż zwykle. Zagubiona. Jeszcze w czerni. Nie minął rok gdy głowę jej Carlosa skosiła maczeta. Głowa nie odrosła, mimo zaklęć Babaloa. Po poradę przyszła. Jak z majątkiem po mężu się rozprawić. Gdzie i jak zbyć nieruchomość, by konto zasiliło więcej cordobas - lokalnej waluty. Upłynnić nieruchomość z hipoteką, udrożnić finanse. Odżyć, stanąć na nogi. Przywrócić blask niegdyś zjawiskowej gwiazdy narcotraficante. Może nawet samej stać się Królową Pacyfiku, jak Sandra Ávila Beltrán. Potrzebowała tylko jednej porady, rodzinnej pani mecenas. Opowiedziała szczegóły, podała wartość majątku i... 
 ...pożałowała. Królową Pacyfiku już nie zostanie. No chyba że Styks też do jakiegoś Pacyfiku wpływa.

No bo weszła taka jedna. Pindulińska. Siksa młoda. W książkach nigdy nie siedziała, myśleniem głowy nie skaziła. A kasę ma! Narcotraficante przebojowego sobie na brzuch złapała i już więcej robić w życiu nie musi. Ot ustawiona! Nie to co ja. A niby mecenas jestem. Tyrać muszę. Użerać się z plebsem. Dość! Dość! Zmiany! Kochanie! przyjedź! Natychmiast! Mam pomysł.

14 sierpnia 2013 r. adwokat Verónica Cruz i jej partner Maynor Ponce Urbina, uprowadzili, więzili a następnie dokonali egzekucji wdowy po handlarzu narkotyków - Yolandy Jiménez oraz w zamyśle, także jej dwóch synów. Młodszemu, szczęśliwie udało się przeżyć. Wycelowany pocisk nie okazał się być śmiertelny. Przyniósł jednak zgubę przedstawicielce palestry z Managui. Jak podają nikaraguańskie media, pani mecenas uległa pokusie stania się właścicielką 13.000 USD. Kwoty którą miała  przekazać klientce.

środa, 14 sierpnia 2013

Matka Boska wieloraka

Dziś obudziłam się z krzykiem na ustach:

"to nie prawda co mówi stare polskie przysłowie, że KAŻDA MATKA JEST TYLKO JEDNA. 
 MATEK BOSKICH JEST WIELE". 

I wstałam na równe nogi.
Może jest to efekt nadchodzącego święta Matki Boskiej Zielnej (zawsze zaskakuje mnie, jak  pięknie to brzmi), może zbliżającego się rozwiązania. W każdym radzie, obudzona głowa zaczęła szukać uzasadnienia wykrzyczanej przez sen tezy. Przekopałam pamięć zarówno polską jak i latynoską. Wniosek z researchu prosty - Tak! Prawdą jest że Matek Boskich jest wiele!. Jest "nasza" zielna, jest gromnicza. Ale to nic, przy płodnym gruncie latino. 

Tu - wiadomo - matka - święta rzecz - czcić ją należy. Można ją na barana ponosić w procesjach całodniowych, można do niej intencje wznosić, można się pożalić, można się pochwalić, poprosić o to czy owo, można obok postawić wentylator. Byle czcić, byle szanować. Konkursy piękności na najładniejszą przeprowadzać. Ubierać w ciuszki, przebierać w łańcuszki. Kochać - choć wiele wcieleń - jak tą z polskiego kawału - Matka tylko jednak jest.
I tak będąc swego czasu w Cuarnavace (Meksyk), natrafiłam na konkurs figur Matki Boskiej - wiadomo, nie mogło być inaczej - Virgen de Guadalupe.Technika wykonania oraz materiał były dowolne. Oto część z pięknych Panienek z wystawki w Cuarnavace.


a na finał, jedna z moich ulubionych Maryjek - wersja "chicano"

 Yolanda Lopez

czwartek, 16 maja 2013

socjalizm a waga papieru toaletowego

Wielu z nas z pewnością pamięta, iż załatwienie jednej z potrzeb fizjologicznych w dobie PRL, wymagało sporego nakładu pracy. Nie żeby cały naród polski cierpiał na socjalistyczną obstrukcję. Chodziło raczej o to, by zadek podcierać czymś więcej niż swą prawicą. Papier toaletowy urastał bowiem do miana towaru de lux, a do tego jeszcze o wymiarze nagrody za bohaterski czy kolektywny czyn. Zbiórka makulatury, butelek lub innych surowców wtórnych, doceniana była przez władzę łańcuchem upragnionego środka higienicznego. Jak z laurem zwycięzcy - łańcuchem złotego medalu, wracało się obwieszonym, z pobliskiego punktu skupu. Taki to program lojalnościowy rządu PRL. Nagroda prawie gwarantowana. Komfort może nie ten, co obecnie, bo człowiek miał wrażenie, że bliżej owemu listkowi to papieru ściernego niźli toaletowego. Jednak nie narzekano. Nie było punktu odniesienia. Miękkość jak aksamit przyniosły dopiero kolejne lata transformacji. Ugruntowana demokracja, dodała wybór szerokiej gamy barw oraz bukietu zapachów. Tak to skalę demokratyzacji państw naszego globu, mierzyć można przez pryzmat dostępności i jakości papieru toaletowego.

Do rzeczy. Ostatnie doniesienia z Wenezueli zdają się wieszczyć nadchodzącą tragedię Rewolucji Boliwariańskiej. Samy wiemy jak skończył europejski blok wschodni. Opozycji zatyka się już bezpardonowo usta, likwidując ostatnią "wolną" telewizję, Maduro wprowadza powszechną militaryzację kraju, problemy z liczeniem głosów w wyborach, nie są bynajmniej przypadkowe. Odwet opozycji jest natychmiastowy! Cała prawda o papierze toaletowym! O zgrozo! Jest go mało, ceny rosną, a do tego... nie jest boliwariański! Rząd rocznie importuje co najmniej 50.000.000.000 rolek papieru! I tak nie starcza. Skandal. Co na to rzekłby Boliwar! Czy nie stać nas - Latino Venezuelano - na produkcję tego jakże podstawowego produktu? Dokąd zmierzasz Rewolucjo?  Zabraknie papieru, zabraknie namiastki luksusu, a kres twój będzie bliski. Toaletowy papierek lakmusowy wskaże kolor społecznego niezadowolenia. Po Rewolucji wtedy zostać może jedynie smutna konieczność - spuszczenie wody w WC.