wtorek, 24 grudnia 2013

Kubańskie dream-taxi

Gdy oglądasz zdjęcia z Kuby, myślisz sobie WOW, ależ oni tam maja fury. Wszystkich stać na takie stare chevrolety i "kadilaki". No normalnie pasjonaci automobilu! Wszyscy! Jakby nadal żyli u schyłku lat pięćdziesiątych. Jakby zaciął się tam film - ten, jak prezydent Kennedy wraz z małżonką sunął pięknym kabrioletem, i zaraz on - JFK zostanie zastrzelony (by później - w latach 70tych jeden z zespołów muzyki wywrotowej  mógł się nazywać Dead Kennedys). Gdy już tam jesteś - na tej Kubie - jest pięknie, ciepło i... zanim dostrzeżesz piękny samochód na tle błękitu nieba, uderzy cię w nos i po płucach smród jego spalin. Tak starych jak on - blisko dwa razy starszy od ciebie. Szczęśliwie próg powonienia szybko się podnosi, do spalin się przyzwyczajasz - oko nadal cieszą piękne krągłości sióstr i braci polskiej syrenki.

I dumnie suną po szosach. Prężą lakier w powolnym spacerze po hawańskim Maleconie. Mkną po jedynej w kraju "autostradzie" ze stolicy ku Santiago de Cuba. Obnoszą się tym, że pamiętają REWOLUCJĘ, jak i to jak było przed nią... Że pamiętają Brodacza, jak w drodze z Sierra Madre wstąpił na krewetki do baru Covadonga na plaży przy Cienfuegos. Tego Brodacza, który obecnie ciut stetryczał, jednak niegdyś wraz z chłopakami rewolucjonistami - uszczęśliwił Kubę swą rewolucją. Jeżdżą dumne! Wymuskane przez swych właścicieli. Odporne na każdą przemijającą modę. Stare, solidne, niezmienne.

Tylko jak to możliwe, że w 2013 r. po drogach Kuby mkną te chevrolety i cadillaki z pięćdziesiątych lat? Czasem wyskoczą o jakieś dwadzieścia lat od nich młodsze: moskwicz, łada czy polski fiat 126p. Gruchoty, na skraju wyczerpania technicznego. Dar bratnich narodów demoludu, z trudem wielkim zaszczepiony do kubańskich tropików.

Jak to możliwe opowiedział mi we wrześniu 2012 r. - "wynajęty" kierowca - o pięknym imieniu Alien (tak tak - Obcy. Jak opowiedział, rodzicie byli bardzo wzruszeni filmem, który gdzieś udało im się obejrzeć). Otóż był on szczęśliwym posiadaczem Peugeota 305, który - zaryzykuję stwierdzenie - był chyba najmłodszym samochodem na wyspie. Alien, kupił go za... jakieś 25.000 dolarów, włożył już w niego ok. 5000 bugsów. Jednak wcale nie był z tego powodu smutny. Przeciwnie, był pewien że jego blisko 30 letnia nówka, sprzeda się jak świeże bułeczki. A on - Alien - jej właściciel, zarobi na niej co najmniej kilka tysiączków ponad to co wydał. Taka Karma. Tak to jest jak od '59 roku nic się na wyspę nie sprowadza. Handel obejmuje tylko to co po wyspie jeździ (lub stoi, nieważne) i do po zaliczeniu długiej "ścieżki zdrowia" po kubańskich urzędach. No drobny wyjątek stanowiły lata '70te kiedy to kraje demoludu sypnęły ciut swojego konstrukcyjnego cudu. Ale takiego chłamu nikt nie chce, lepsze są bryki z Ameryki. Te leciwe. Wymieni się takiemu silnik i śmiga jak nówka. A tylne siedzenie - jak wersalka. Można zaszaleć i dziewczynę powozić. Ewentualnie - jak on - można mieć szczęście i po licznych pozwoleniach i kombinowaniu, można odkupić 30 letniego peugeota od pana z dyplomacji.Peugeota 305 na zdjęciu nie uwieczniłam. Jakoś nie komponował mi się do wizji Kuby. Jednak doceniam do dziś jego komfort i jakby klimatyzację. Był to prawdziwy rarytas.

Dwa zdania uwagi poświęcę także moskwiczowi pana lekarza, który na "taryfie" obwiózł nas po Santiago i okolicach. O fenomenie "lekarzy na taksówkach" jak niegdyś "kobiety na traktorach" wspominałam już we wcześniejszym poście. Ta najbardziej zdrowa taksówka - z lekarzem on-board wyglądała tak.


Inne zaś precjoza prezentowały się tak:






Kilka dni temu Raul wraz z rządem - znieśli ograniczenie rodem z 1959 r. Teraz lud kubański będzie mógł już bez ograniczeń kupować pojazdy z zagranicy. Zapewne wpłynie to na wygląd ulic. Dzielnie ciułane CUC-i oraz zakazane dolary przemienią się w automobile o bardziej ergonomicznych kształtach.

I czasem tylko myślę, czy aby aut na Kubie nie wpisać na listę UNESCO. Inaczej obawiam się, że większość z nich zniknie. Kierowców zaś którzy nimi jeżdżą, proponuję by zatrudniło państwo na etat. To raptem skromnych kilka peso nacional. Czego się nie zrobi się dla Rewolucji!. Inaczej, po pięknych, garbatych chevroletach i cadillakach zostanie tylko...


niedziela, 8 grudnia 2013

Dojrzały Mikołaj *

Czy Nicolas Maduro był w tym roku grzecznym chłopakiem? Czy odwiedzi go św. Mikołaj, dając zwycięstwo w dzisiejszych wyborach? Czy gwiazdka przyniesie mu prezent? Popatrzmy sami.
Rok temu, Hugo Chavezm in casu mortis, z czarnych ekranów telewizorów ogłosił, iż na następcę namaszcza swego kompana Nicolasa. Ten, znacznie lepiej niż szef Parlamentu - Diosdado Cabello, wpisywał się w przekaz Boliwariańskiej Rewolucji. Chłop raczej prosty, bez stygmatu błękitnej krwi w żyłach. Może nie robotnik, ale za to kierowca autobusów. Oddany druh. Uwierzył w Rewolucję, ukochał Comandante i wspiął się po szczebelkach politycznej kariery na sam szczyt. 
Gdy Hugo leczył się w Hawanie cudownie trwając u steru władzy, Nicolas w pocie czoła ćwiczył swą prezencję. Dzionek zaczynał od spektaklu na deskach łazienkowego lustra. Bohaterem była jego twarz. Jak w niemym kinie, scena populistycznej polityki wymaga odpowiedniego zasobu póz. Jak mim, wyrazić trzeba twarzą to co następnie wypowie język. By każdy - nawet głuchy wieśniak, zrozumiał o co chodzi w Boliwariańskiej Rewolucji.
Następnie Nicolas trenował język. Choć być jak Chavez, nie lada jest wyzwaniem. Comandante, jak prawdziwemu Llanero buzia się nie zamykała. Wie ten, kto choć raz oglądał coniedzielny Aló Presidente z Chavezem w roli głównej. Talk Show bez ustalonej godziny końcowej. Hugo kończy wtedy, kiedy głos jego wewnętrzny mówił mu "dość". Czasem po 6 godzinach, czasem po kolejnych 4 na dokładkę. Nicolas daru oratora nie miał. Ekipa PR-owców zrobiła przez te kilka miesięcy swoje. Już exposé, było jak brazylijski serial. I z trudnymi wyrazami i nazwiskami. Wytrwały był też Nicolas. Nie zrażał się gdy lud się z niego śmiał, kiedy z powagą oznajmił, że Chrystus rozmnożył pióra, nie chleb i ryby ("Cristo multiplicó los penes"). Teraz, w dumnie wypiętą piersią grzmi burzą słów.
I w końcu, Nicolas zabrał się do dzieła. Chwycił miecz obosieczny, który sprezentował mu wenezuelski Parlament (Ley de Habitante) i jak Król Borowik z wierszyka Jana Brzechwy, wyruszył na wojnę z muchami - podstępnymi useros co popsuli gospodarkę i zdewaluowali boliwara. W pierwszym świście szabelki - aresztował sklepy z AGD i obciął ceny. Z nową pralką, telewizorem czy lokówką, naród będzie szczęśliwszy. W drugim cięciu - wyrównał czynsz podmiotom komercyjnym, by kapitalistyczni krwiopijcy nie ssali nadmiernie drobnych sklepikarzy. W trzecim dźgnięciu szabelką - przyciął ceny samochodów, obiecując zarazem iż państwo we współpracy z peugeotem, produkować będzie pojazdy dla wyznawców Boliwariańskiej Rewolucji. On - Nicolas, syn Comandante Chaveza, uzdrowi gospodarkę i uratuje świat.

Takie cuda, tylko w Wenezueli. Petrodolary, jak miękka podusia, złagodzą każdy upadek z wieży siermiężnych cegieł realnego socjalizmu. Równanie cen wbrew temu co krzyczy rynek, zgubne miało w chłodnej Europie skutki. W wydaniu Boliwariańskich tropików, czuwa nad fikcją  szelest petrodolarów.  

Dziś w Wenezueli wybory do władz lokalnych. Faktycznie zaś to sprawdzian popularności Maduro. Ocena, czy Boliwariańska Rewolucja trwać może także bez jej charyzmatycznego przywódcy - Hugo Chaveza. Czy lud nadal pokłada w niej wiarę, mimo iż ta nawet papier toaletowy podnosi do rangi produktu luksusowego. Krzyczy pustką półek sklepowych. By wiarę tę wzmocnić, zapału nie ugasić, ku pokrzepieniu serc Nicolas Maduro hojną ręką sypnął "po taniości" sprzętem AGD.  Z nowym tosterem pod pachą - lud skłonny będzie dłużej kochać. 

 * Nicolas Maduro, w tłumaczeniu na polski - Mikołaj Dojrzały 

 

środa, 20 listopada 2013

o dwóch córkach chilijskich tatusiów

Tatulo - wojskowy. Służba nie drużba. Przydzielają jednostkę. Trzeba jechać. Kraj wąski, a jakże długi. Wciśnięty między Andy a ocean. Raz rzucą na północ, raz na południe. Przy pustyni Atacama, nie było źle. Lubiła koleżankę z sąsiedniego domku - spod 13. Evelyn. Co prawda gówniara młodsza o 2 lata, ale lalki miała fajne. Bawiły się razem. Do szkoły jednej chodziły. Rodziców łączyła wielka przyjaźń. Tatusiowie - oficerowie tej samej jednostki odwiedzali się często. Lubili pogaworzyć sobie o latających cudeńkach. Czy lepsze te od Chruszczowa, czy może od Kennediego. Jeden wolał czerwone, drugi te z amerykańskiego snu. Nie przeszkadzało im to wtedy. Dodawało ciut pikanterii dyskusjom. One - Michelle i Evelyne, miały to gdzieś. Bawiły się razem w dom lub sklep.

I przyszedł 11 wrzesień 1973 r. O talibach wtedy nikt jeszcze nie słyszał. Wrogiem było czerwone. "Better dead than red", pisano sprajem na murach. Salvador Allende upadł. La Moneda płonęła. Historia ostrzyła topór na jednego z wojskowych przyjaciół. Kilka dni po zamachu stanu Alberto Bachelet, jako wojskowy wierny rządowi, został aresztowany po raz pierwszy. Kto nie z nami, ten przeciwko nam. Reżim Pinocheta - uczniowie z wojskowej szkoły - dali upust na ciele Alberto Bacheleta. Jak pisał do syna: "po 30 godzinach tortur bez chwili przerwy, coś we mnie pękło". Wypuszczony, był nikim w oczach trzymających władzę. Także druhów z jednostki. Po kilku miesiącach aresztowano go ponownie. Tym razem serce nie wytrzymało. Po kolejnej godzinie sutego przesłuchania, pękło. Miejscem kaźni były piwnice Wojskowej Akademii Lotnictwa w Santiago de Chile.

Tymczasem Fernando Matthei, podczas puchu Pinocheta, przebywał poza granicami Chile, w bratnim Londynie. Z racji swych prawicowych poglądów, naturalnie poparł zamach stanu. Stał się więc smakowitym kąskiem dla reżimu. Wezwany do Santiago, szybko awansował. Nominowano go dyrektorem... Wojskowej Akademii Lotnictwa. Tej samej, w piwnicach której ducha wyzionął jego przyjaciel - Alberto Bachelet. Kilka stóp pod biurem Fernando.

Dziś córki obu wojskowych startują w wyborach prezydenckich w Chile. Naznaczone piętnem historii - jako kandydatki dwóch przeciwstawnych ugrupowań. Michelle Bachalet z ramienia socjalistycznej lewicy, Evelyn - prawicy w domyśle podzielającej linię Pinocheta. Obie waleczne, obie kobiece. W pierwszej rundzie wygrała w podskokach ex-Prezydent Bachelet. Czy w nowym rozdaniu (nie ma większych wątpliwości że wygra w II turze), uda jej się zreformować solidnie ugruntowany i chroniony konserwatyzm Chile? Sprawa nie będzie prosta. Przekazując w 1990 r. władzę, tęgie głowy doradców Pinocheta, skrupulatnie utkały  system wyborczy oraz kolejne koronki prawa ustrojowego tak, by do większych, czy gwałtownych zmian dojść nie mogło. By chronić "demokrację" przed wywrotowcami. By zawsze ojcowska ręka zwolenników Pinocheta, moralnie światłych, strzec mogła kraj przed socjalistycznym zgorszeniem. Progi wyborcze, specyficzna ordynacja wyborcza sprawiają, że zdobycie obu mandatów w okręgu, graniczy z cudem. By zgarnąć komplet, konieczna jest większość kwalifikowana. Zwykła - o zgrozo - daje drugi z mandatów przegranemu. Przy takim rozdziale społeczeństwa na "pro" i "anty-Pinochet", o kwalifikowaną większość trudno. A zmian szykuje się wiele. Społeczeństwo trzeszczy w skostniałym obyczajowo gorsecie, gdzie studia wyższe są tylko dla wybranych. Gdzie prawną możliwość rozwodów wprowadzono dopiero przed dziewięciu laty (!). Ugrupowanie Bachelet głosi konieczność głębokich zmian, w tym poszanowania prawa do aborcji, związków partnerskich czy legalizacji marihuany. By do zmian mogło dojść, oprócz Pani prezydent, konieczne będzie uzyskanie odpowiedniej reprezentacji w Parlamencie. Zdecydują za niespełna miesiąc Chilijczycy - po raz pierwszy w nieobowiązkowych wyborach (obecnie głosowanie jest prawem, nie zaś obowiązkiem). Chilijczycy zamieszkali w kraju. Ci na emigracji prawa głosu nie mają.


fot. BBC LatinAmerica

środa, 13 listopada 2013

Argentyński Zbyszek Alcatraz

 W "Killerze" Zbyszek Alcatraz, szef więzienia, miał pecha. Twardy był, więźniów za gębę trzymał, a jednak zwiali. Słowa zdziwienia do dziś brzęczą mi w uszach. "Sześciuset chłopa POSZŁO w Polskę! jak to było zorganizowane?! Autobusy popodstawiali czy co?!" 

W Argentynie autobusów nie popodstawiali, a jednak na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy, już trzeci ważny więzień znika. W środku boskiego Buenos wyparowuje jak kamfora. Abra kadabra, pstryk i mnie nie ma. Toż to już każde amerykańskie dziecko wie, który kraj nadaje się idealnie do zniknięcia bez wieści (jeśli ma być to coś bardziej egzotycznego niż rodzinna Montana). Serialowy Dexter Morgan też tu się wybierał, jak do raju. Nie dziwota. Argentyna już od czasów ponazistowskich cieszy się sławą idealnego miejsca na ucieczki i zniknięcia - szukajcie wiatru w polu. Byłem, ale już mnie nie ma. Teraz będę sobie wcinał pyszne, wołowe steki z własnego grilla, gdzieś w okolicach Claromeco, na Pampie, czy w towarzystwie któregoś pasma Andów. Tu google maps  nie dociera, a GPS czuje się zagubiony. Arrivederci.

W dniu wczorajszym, pułkownik Alejndro Lawless, skazany za zbrodnie przeciwko ludzkości popełnione w okresie dyktatury wojskowych (1976-1983), zbiegł podczas transportu do Sądu w mieście Bahia Blanca. Jak czwany lis, 65 letni Lawless, wykorzystał chwilę nieuwagi funkcjonariuszy, którzy wraz z nim transportowali także innych więźniów. Dosłownie, dał nogę, a następnie zapadł się pod ziemię. Tym to sposobem dołączył do swoich dwóch kolegów po fachu: Jorge Olivera oraz Gustavo de Marchi, którym w końcu lipca, udało się zbiec z położonego w centrum Buenos więziennego szpitala. Zapewne będą teraz razem, gdzieś na kolorowej prowincji, bawić się ołowianymi żołnierzykami w wojnę. Może nawet odbiją utracone haniebnie Malwiny?

Jaki z tego morał? Argentyna to dobry kraj dla więźniów. Co prawda nie jest to Szwecja, gdzie więzienia zamykają z uwagi na brak "podopiecznych", ale co to za przyjemność uciekać z pustego więzienia? Lepiej spektakularnie czmychnąć z uzbrojonego po zęby konwoju. Może kiedyś nakręcą o tobie film. Ty zaś ważny więźniu, nie trać tężyzny fizycznej. Pręż i sportuj ciało. Lepiej liczyć na własne nogi niż na to, że popodstawiają autobusy, jak u  Zbyszka Alcatraza.




piątek, 1 listopada 2013

O świętym wizerunku i Ministerstwie Szczęścia

Czas zaduszny sprzyja zadumie. Człowiek zadumany zwalnia, przystaje i, jeśli ma szczęście, dostrzega rzeczy cudowne. Przydarzyć może mu się nawet jakieś objawienie, widzenie lub cud. Jeśli do tego zadumę pielęgnuje odpowiednim nawilżeniem płynami procentowymi, efekt może być zaskakujący. Swoją drogą, zawsze ciekawiło mnie dlaczego cudowne objawienia zdarzają się tylko w mocno katolickich krajach. Czy przy okazji nie są to także mocno wspomagające się trunkowo kraje? Nasuwa się więc wniosek, iż jedno i drugie najwyraźniej idzie w parze. Dziś będzie więc o objawieniach (świeckich i uduchowionych), palcu Boga, znakach z zaświata Comandante Chaveza oraz Ministerstwie Najwyższego Szczęścia Społecznego.

Ludzie wiary widzą więcej. W zależności od aury, czasu i środowiska, wizerunki świętych zwykły ukazywać się na szybie - malowane mrozem (rodzima "produkcja"), na drzwiach (wersja stolarska), na drzewie (wersja eco), na chuście (wersja turyńska). Zeszły - 2012 rok obfitował w objawienia wizerunku Chrystusa w miejscach nietypowych. Był meksykański placek tortilli. Był też, za przeproszeniem, zadek psa. Cóż, święte oblicze nie wybiera. Ukazuje się tam, gdzie ludzie wiary chcą go dojrzeć.

Tymczasem w Wenezueli, jak rzekłby Fryderyk Nietzsche, Bóg umarł. Zdarzyło się to 5 marca 2013 r. Jednak jak na słońce południa przystało, w okolicach Dnia Zmarłych, wzbiło się nad niebiosa. Wierny lud na to czekał, wierny lud wypatrywał. Comandante nie mógł po prostu tak spocząć w ciszy, sześć stóp pod ziemią. I stał się cud! Ukazał się i to jak na wodza socjalistycznej rewolucji przystało, ukazał się nie na salonach, nie szkiełku i oku, a boliwariańskiemu ludowi pracującemu. Szczęście zawitało pod strzechy robotników pracujących przy rozbudowie metra w stolicy. O całym zdarzeniu poinformował namaszczony przez wodza następca, Prezydent - Nicolas Maduro. W oficjalnym orędziu, w specjalnie dobranych słowach i w garniturze gestów obwieścił, że: ON, COMANDANTE, UKAZAŁ SIĘ  NAM. DAŁ ZNAK Z ZAŚWIATÓW. Już nie jako ptak, który wznosił się nad przedwyborczym wiecu w kwietniu tego roku. ON sam we własnej osobie. Jakby z krwi i kości, wyskoczył malowany jako obrazek, na ścianie budowy metra. Wybrał ku temu braci swoich - robotników, pracujących ciężko, ku chwale latynoskiego socjalizmu. 

Być może Hugo ukazał się także po to, by pobłogosławić świeżo utworzone Wiceministerstwo Najwyższego Szczęścia (Viceministerio de la Suprema Felicidad). Nie kto inny bowiem jak Comandante, terminu tego użył, dla określenia celów Planu Rozwoju Ekonomicznego i Socjalnego Narodu na lata 2007-2013 (Plan de Desarrollo Económico y Social de la Nación 2007-2013). Zapożyczył go, jak na niego przystało, od wielkiego wodza, Libertadora i ojca Ameryki Południowej - Simona Bolivara. Rzutem na taśmę, przy końcu wytyczonego Planu, Maduro - wierny giermek Chaveza, sprawił, że termin ten stał się ciałem. Stworzył mu własny "domek" - własne ministerstwo.

I tak to życie płynie na ziemskim padole. Wielcy odchodzą, święci się objawiają ludowi. A szczęście niech króluje nam na wieki wieków. Amen.

środa, 11 września 2013

o czołgach, które podczas ataku przystają na czerwonym świetle

W związku z wszechogarniającą McDonaldyzacją świata, data 11 września kojarzy się jednoznacznie. Bin Laden, talibowie, WTC. Ze zgliszczy dwóch wież, wyrósł nowy podział historii. Resztki straszącej w XX wieku wojny z czerwoną zarazą - komunizmem, ustąpiły miejsca nowej wojnie - wojnie z bliżej niezdefiniowanym terroryzmem. Jednak niie o Wielkim Bracie i jego islamskich traumach dziś będzie. Nie będzie też o Diadzie - święcie narodowym Katalonii (swoją drogą, to bardzo oryginalny pomysł, by na datę szczególną dla narodu katalońskiego (tak NARODU) wybrać datę ostatecznej porażki. Daty w której utracono niezależność i miejsce na mapie). Zwróćmy dziś uwagę na inne wydarzenie. Takie, które miało miejsce na drugiej, tej Zachodniej Półkuli.

Dzisiejszy solenizant - czterdziestolatek urodzony11 września 1973 r. mógłby śmiało być jednym z wielu znikniętych (desaparecidos) dzieci reżimu. Dzieci, które dziś wiedzą, lub nie, że osoby które je wychowały, nie były ich prawdziwymi rodzicami. Ci prawdziwi, z dużą dozą prawdopodobieństwa również zniknęli. Zapewne jednak 6 stóp pod ziemią. 40 lat temu - Augusto José Ramón Pinochet (a jakże - generał wielu imion!), postanowił powiedzieć Salvadorowi Allende BASTA!!! Basta z tym socjalizmem, bałaganem, protestami! Basta z chaosem!!! Przywróćmy porządek, ład i szyk, jak na Chile przystało. A jak to zrobić pokażę społeczeństwu JA - GENERAŁ. Ja - Pinochet. I pokazał, rozpoczynając od zbombardowania La Monedy - Pałacu Prezydenckiego z samym Prezydentem Allende w środku. Złośliwi mówią, iż uczynił to z wielką gracją i w poszanowaniu dla wszelkich powszechnie obowiązujących zasad. Anegdota głosi, iż gdy czołgi Pinocheta jechały na La Monedę, przystawały na każdym czerwonym świetle. Pruska tradycja w wojsku chilijskim zobowiązuje. Ordnung muss sein!

Ocena reżimu Pinocheta nie jest łatwa. Przekonują o tym choćby równie liczne rzecze jego zwolenników jak i przeciwników.Owszem, spore zamieszanie wokół osoby Pinocheta - starszego już Pana, który przyjechał do Londynu na zabieg, wywołał wniosek sędziego Baltasara Garzóna  o jego aresztowanie i ekstradycję do Hiszpanii. Miał tam odpowiedzieć za zabójstwa, zniknięcia i stosowanie tortur wobec obywateli Hiszpanii. Miał być sądzony jako ta bestia. Zło zła. On - Generał - przyjaciel dworu i Żelaznej Damy. Wielu znalazło się takich, którzy zastosowany areszt domowy traktowali jako hańbę poczynioną na bohaterze. Dyć to on zwalczył komunizm w Chile! Na dobre! Że to swój chłopak był uznali m.in. ówcześni działacze AWS, Marek Jurek czy Michał Kamiński. Pobieżyli czem prędzej do Londynu, składając na ręce staruszka Pinocheta podziękowania za zasługi na gruncie krzewienia praw człowieka, wolności i sprawiedliwości. Cześć oddając bohaterowi walk z komunizmem. Cóż, tak to jest, kiedy w szkole mało poświęca się czasu historii współczesnej. Gdy świat dzieli się na czarny i biały (lub tez czerwony i nie czerwony, gdzie czerwony to czarny i zły). To i Pinocheta można mieć za krzewiciela praw człowieka. 

Według ustaleń  Komisji Rettinga (Komisja Prawdy), żniwo rządów Pinocheta, to 2095 ofiar śmiertelnych oraz 1102 osoby zniknięte bez wieści. Może to nie dużo, jak na kilkanaście lat rządów. Może to nie dużo jeśli zerknie się choćby na pokłosie wojskowego reżimu sąsiedniej Argentyny. Bez wątpienia zaś nie jest to dużo w porównaniu z krwawymi żniwami w Salwadorze (ponad 75.000 zabitych) czy Gwatemali (200.000 zabitych). Nie bez znaczenia jest jednak to, na co wskazuje wielu badaczy tematu. Reżim był na tyle represyjny, iż dla wywołania efektu zastraszenia, a z drugiej strony umiłowania wojskowej władzy, z jej emanacją w osobie Augusto Pinocheta, "nie potrzebna" była większa liczba zabitych. Wystarczył terror i tortury. Psychoza porządkowała i uginała kolana. Do czasu. Finalnie uśpiła ona czujnego generała. Ten, generał z klasą, uwierzył w powszechną miłość do swojej osoby. Naród go kochał, naród wybierał w kolejnych wyborach. Skoro kochał, nie było zagrożenia, że naród wywinie jakiś wyborczy numer. A że pozory poszanowania dla konstytucji (skrzętnie samemu skrojonej) należy zachowywać, dobrze czasem naród w referendum o zdanie zapytać. Czy mam JA - GENERAŁ - dalej rządzić w Chile jako Prezydent? I tu pojawia się druga, złośliwa anegdota. O tym jak Pinochet wystartował w biegu sam, a dobiegł do mety jako drugi. Zapytał w referendum czy ma rządzić dalej. I niespodziewanie usłyszał od narodu - NIE. Władzę oddał formalnie w 1990 roku. Jednak to jak skroił Konstytucję, a w szczególności zasady prawa wyborczego do dziś odciska się pinochetowskim piętnem na tym śmiesznie długim kraju. Nic bez Pinochetystów zmienić się nie da. Wszędzie są obecni. I choć formalnie mamy pozory demokracji, to jednak zza grobu czuwa nad nią Generał. Tak na wszelki wypadek. Jakby naród zdurniał. Co już mu się zdarzało. Choćby w 1971 r. gdy do władzy powołał zło wcielone - socjalistę Allende.

Na koniec zdjęcie Generała Augusto. To dumne. Jakby lekko stylizowane na innego Pana dyktatora. Bardziej śródziemnomorskiego.




sobota, 24 sierpnia 2013

pokusy nikaraguańskiej palestry

Żywot adwokata bywa ciężki. Zasadniczo ludzie nie szanują twej pracy, a ciebie  traktują jako zło konieczne. Bo co to za praca: namacalnych efektów nie widać. Gada to-to, pisze jakieś pisma - nic konkretnego, czy użytecznego nie robi. Kołacz z tej pracy nie wyjdzie, gacie się nie wydziergają, włos nie wyczesze, broda nie ogoli. Paplanina i czary mary. Wielkie nic, tylko by wyciągnąć kasę. No i jeszcze PR czarny. Taki prawnik to krętacz, oszust i złodziej. Cóż za niewdzięczność! Człowiek tyle lat studiował, w opasłych księgach siedział, artykuły kodeksów na pamięć wkuwał, oczy marnował. I po co, jeśli teraz za "byleco" mają. I jeszcze z ludźmi użerać. Oj ciężko, ciężko bywa. A jak przypadło być adwokatem w kraju, gdzie tradycyjnie jest ich wielu? Nie że śmietanka, nie że elita, nie że konkurencji brak. Elitarność jakoś przecierpieć można. Gdy przeciwnie - brać adwokacka to motłoch mnogi? Co większy tuman, to na prawo idzie, a później tylko konkurencję dumpingową robi. Ehhhhh, ta tradycja pohiszpańsko-konkwistatorska. 

Pewna pani mecenas z Nikaragui miała dość. Tyra, poci się, stara. A tu nic. Bida z nędzą. Łatwiej do fabryki byłoby pójść lub rewolucjonistą zostać. Taką Simoną Bolivar, Augustyną Sandino czy Ernestyną Gevara. Ehhhh, ta epoka też poszła już w niepamięć. Jak na kołku, trzyma ją tylko jeszcze stary comandante Fidel. Artefakt z przeszłości. A coś w życiu mecenaskim trzeba by zmienić. Pieniądz jakiś zarobić. Albo choć sławę zdobyć. I nadchodzi ten dzień. Okazja. TA chwila...

Weszła do biura smutniejsza niż zwykle. Zagubiona. Jeszcze w czerni. Nie minął rok gdy głowę jej Carlosa skosiła maczeta. Głowa nie odrosła, mimo zaklęć Babaloa. Po poradę przyszła. Jak z majątkiem po mężu się rozprawić. Gdzie i jak zbyć nieruchomość, by konto zasiliło więcej cordobas - lokalnej waluty. Upłynnić nieruchomość z hipoteką, udrożnić finanse. Odżyć, stanąć na nogi. Przywrócić blask niegdyś zjawiskowej gwiazdy narcotraficante. Może nawet samej stać się Królową Pacyfiku, jak Sandra Ávila Beltrán. Potrzebowała tylko jednej porady, rodzinnej pani mecenas. Opowiedziała szczegóły, podała wartość majątku i... 
 ...pożałowała. Królową Pacyfiku już nie zostanie. No chyba że Styks też do jakiegoś Pacyfiku wpływa.

No bo weszła taka jedna. Pindulińska. Siksa młoda. W książkach nigdy nie siedziała, myśleniem głowy nie skaziła. A kasę ma! Narcotraficante przebojowego sobie na brzuch złapała i już więcej robić w życiu nie musi. Ot ustawiona! Nie to co ja. A niby mecenas jestem. Tyrać muszę. Użerać się z plebsem. Dość! Dość! Zmiany! Kochanie! przyjedź! Natychmiast! Mam pomysł.

14 sierpnia 2013 r. adwokat Verónica Cruz i jej partner Maynor Ponce Urbina, uprowadzili, więzili a następnie dokonali egzekucji wdowy po handlarzu narkotyków - Yolandy Jiménez oraz w zamyśle, także jej dwóch synów. Młodszemu, szczęśliwie udało się przeżyć. Wycelowany pocisk nie okazał się być śmiertelny. Przyniósł jednak zgubę przedstawicielce palestry z Managui. Jak podają nikaraguańskie media, pani mecenas uległa pokusie stania się właścicielką 13.000 USD. Kwoty którą miała  przekazać klientce.